Jak pobłogosławiliśmy niemieckie rodziny po katastrofie lotniczej

Historia o tym, jak Pan Bóg pobudził nasze serca, by błogosławić pogrążonych w żałobie po katastrofie lotniczej, w której zginęło 16 uczniów i 2 nauczycieli.

Wiosną 2015 roku całe małe miasteczko w Zagłębiu Rury pogrążyło się w wielkiej żałobie opłakując piętnastu uczniów i dwóch nauczycieli miejscowego gimnazjum, którzy zginęli w katastrofie lotniczej German Links samolotu rozbitego przez pilota samobójcę.

W szkole, w której uczyłem to był czas przygotowywania się do Wielkanocy i w modlitwie, gdy szykowaliśmy to wydarzenie, przyszedł do nas Bóg. Niesamowite jest to, jak połączył On moje serce z sercem jednej nauczycielki Mary. Po zakończonych zajęciach biblijnych podeszła do mnie i powiedziała: Nie wiem jak ty, ale ja odczuwam, że mamy coś zrobić dla tych ludzi. Rozmawialiśmy o tym, co się stało i mówiliśmy, że musimy się modlić o to, jak wszystko ma wyglądać. Czuliśmy, że mamy tam jechać, ale było pytanie jak. W naszych sercach pojawiło się pragnienie, by porozmawiać o tym z Bogiem. Wszystko musi zaczynać się nie w tym, że masz pomysł, ale w oddawaniu swoich pomysłów Bogu. Więc wtedy na szkolnym korytarzu usiedliśmy, ja chyba nawet uklęknąłem i modliliśmy się nie patrząc na to, co się dzieje. dzieliliśmy się z Bogiem naszymi sercami a On  zaczął wlewać w nie pokój i mówił, że sam On nas poprowadzi.

Najpierw prosiliśmy Ducha Świętego, by potwierdził nam ten wyjazd i poszliśmy szukać jedności w sercach innych dorosłych chodzących z Jezusem. Gdy już mieliśmy pewność tego, że Bóg nas posyła do Niemiec, zaczęliśmy modlić się, by poprowadził nas w przestawieniu tego pomysłu uczniom. Nie wiem, czy byliście kiedykolwiek w takich sytuacjach, że naprawdę nie widzieliście, jak i co macie zrobić.
W tym samym czasie przygotowywaliśmy spotkanie wielkanocne dla rodziców i dzieci, które planowaliśmy z żoną przeprowadzić nieco inaczej. Nie chcieliśmy wersetu i przedstawienia czy pantominy, ale tego, by ludzie mogli w tym uczestniczyć aktywnie i doświadczyć męki, śmierci i zmartwychwstania Pańskiego. Jedną z naszych pomocy w nauczaniu było potężne serc. Miało około półtora na dwa metry. Tematem spotkania miała być jedność w rodzinach w święta, jaką daje nam Jezus. Z taką myślą zaczęliśmy zajęcia dla dzieci. W pewnym momencie przyszła nam myśl, aby odbić nasze ręce na tym sercu, jako akt wiary i błogosławieństwa dla naszych rodzin. Do pewnego wieku dzieci przyjmują wiele rzeczy bardzo wizualnie i to nic złego, gdy w taki sposób pomagamy im odczuwać Boga.

Po chwili pomyśleliśmy, że to nasze serce symbol Bożego serca może być podarowane jako dar od naszej szkoły przypominający o miłości Bożej i ludziach, którzy modlą się i błogosławią niemieckie rodziny pogrążane w żałobie. Połączyliśmy to w jedno, bo tak prowadził nas Bóg i modląc się powiedzieliśmy o całej sytuacji dzieciom i zachęciliśmy je, by jeśli któreś jest gotowe błogosławić niech się pomodli, przyjdzie do nauczycieli i odbije pomalowaną rękę na sercu jako akt wiary. Wiedzieliśmy, że nie wszyscy będą mogli pojechać, ale wszyscy mogą się modlić i wspierać resztę. Prawie wszystkie dzieci obiły swoje dłonie na sercu. Pozostało teraz tylko zaprosić dzieci na ten wyjazd. Z reguły przed każdą taką wyprawą praktykujemy wypełnienie ankiety misyjnej, ale teraz na to nie było czasu. Wiedziałem, że Bóg chce teraz poruszyć serca dzieci w sposób szczególny. Pamiętam tę lekcję jak dziś.

Zaczęło się od szumu. dzieci były niesforne i bardzo przeszkadzały. Musiałem stanąć na wysokości zadania i zacząłem mówić o wydarzeniach z Niemiec. Komentarze były różne. Głupie i współczujące. Większość była pełna empatii do rodzin, które straciły bliskich. I nagle stało się coś, co było kluczem do pozyskania serc na ten wyjazd. Normalnie przygotowujemy wyjazd misyjny przez pól roku. Dzieci modlą się z rodzinami,  spotykamy się z rodzicami i długo budujemy zespół. Ale Bóg działa w najlepszy sposób z możliwych.

Kluczem do tego wyjątkowego działania było zdarzenie, które jest bardzo ważnym elementem tej całej układanki. Nasza przyjaciółka z Krakowa, Monika, słysząc, że planujemy taki wyjazd modliła się o nas. O 23:00 w piątkową noc, trzy dni przed poniedziałkową lekcją, która właśnie się odbywała, zadzwoniła do mnie i powiedziała, że miała sen. Widziała pole ogarnięte ciemną warstwą pyłu. To była piękna łąka, której uroku nie było widać, bo pokrywał ją ciemny nalot. Nad tą łąką fruwał piękny motyl i nagle przez ciemność przebiło się piękne słońce. Dostała jeszcze jedno słowo – nadzieja. Gdy wizja zniknęła Monika zastanawiała się, co to miało znaczyć. Prosiła Boga o wyjaśnienia i otrzymałam dwa wersety z Biblii, których tez nie rozumiała. Pomyślała, że podejdzie do półki z książkami, by znaleźć niemiecką Biblię. Jej syn uczył się w szkole w Niemczech, więc chciała znać ten język, stąd posiadała Pismo Święte w tym tłumaczeniu. Kiedy wzięła je do ręki, aż zdębiała z wrażenia. Na okładce było napisane „Nadzieja dla wszystkich” i był wyżłobiony motyl. Wcześniej korzystając z kalendarza z wartościami biblijnymi dla dzieci przeczytała, że to akurat jest dzień nadziei. Wszystko zaczęło się składać w jedno i otrzymała takie zrozumienie, że w czasie wyjazdu do Niemiec mamy komuś wręczyć Biblię.

Opowiedziałem to moim uczniom. Poprosiłem o chwilę ciszy przed Bogiem, oddanie Mu swoich serc i zachęciłem, by ci który będą odczuwać w sercach żeby jechać do Niemiec, w czasie modlitwy podnieśli do góry rękę. To był jeden z takich bardzo niepewnych i niekomfortowych momentów, kiedy boisz się, co się stanie, gdy nikt nie podniesie ręki. Tym, co często powtarzamy innym ludziom jest to, że twoja wiara w dzieci doprowadzi je do tego miejsca, w które wierzysz. Twoja wiara jest bardzo istotna. Ona pozwoli ci poprowadzić dzieci do miejsca ich przeznaczenia. Więc wierzyłem w nie. Wierzyłem Bogu, że to co się dzieje, nie jest przypadkiem. Oddaliśmy to Duchowi Świętemu. Rozmawialiśmy o tym. Tak jak Apostołowie – działaliśmy wspólnie my i Duch Święty. Teraz pozostało mi tylko czekać, co się stanie w czasie tej modlitwy. To było siedem najdłuższych minut, jakie przeżyłem.

Nagle zobaczyłem jedną rękę. Potem drugą i trzecią. Czworo dzieci było gotowych pojechać do Niemiec. Były tak podekscytowane, że na przerwie przyszły do mnie. Od razu poczułem, jak moje serce łączy się z nimi. To było coś, czego nie umiałem wytłumaczyć. Ich świadectwo wywołało wielką radość i łzy poruszenia. Widziałem ich szczerość, miłość, przełamanie do Niemców w sercach, do ludzi w żałobie, do szkoły która straciła kolegów i uczniów. Wiedziałem, że to są te osoby. Poinformowaliśmy, że w ciągu tygodnia podejmiemy decyzję co do naszego wyjazdu. Mieliśmy wyjechać już w piątek, a był poniedziałek. Mój kolega mówiący po niemiecku zadzwonił do tej szkoły i zapytał, czy możemy przyjechać. Nie było to pewne. Przyjeżdżało do nich mnóstwo ludzi. Stacje telewizyjne robiły najazdy, kamery były wszędzie, obserwowały uczniów, rodziców i nauczycieli z powodu tej trudnej niecodziennej sytuacji.

Udało nam się jednak dotrzeć do dyrektora szkoły i umówiliśmy wizytę na następny poniedziałek. Mieliśmy bardzo mało czasu. Trzeba było zrobić spotkanie, wynająć samochód i zebrać fundusze. W Krakowie też znalazły się osoby, które Bóg powołał, by tam pojechały. Razem dziewięć osób. Wynajęliśmy busa, ale nie znałem kosztu ani miejsca noclegu. Moi przyjaciele z Niemiec nie odpowiadali. W środę spotkaliśmy się z rodzicami. To było niesamowite. Otworzyliśmy przed nimi swoje serca. Jedna z mam, która na dobrze przygotowane wyjazdy misyjne nigdy nie chciała puścić swojej córki, teraz była gotowa pozwolić jej na wyjazd w nieznane. Wiedziałem tylko, że chcemy być w tej szkole, że jest zaklepana tam wizyta, a poza tym nic. Rodzice nam uwierzyli. Obecność Boga, która nam towarzyszyła dotykała ich serc. Modliliśmy się o samochód, środki finansowe i nocleg. Byłem bardzo tym podekscytowany ale wciąż nie wiedziałem jak i co.

Bóg budował moją wiarę. Modliłem się, żeby dał nam pieniądze na vana – w którym moglibyśmy ewentualnie nawet spać. Niezależnie od wszystkiego chcieliśmy jechać, bo wiedzieliśmy, że Bóg nam to pokazuje. Następnego dnia okazało się, że ktoś wyłoży pieniądze, byśmy wypożyczyli samochód.
W piątek dowiedziałem się, że ktoś kupił mi bilet do Krakowa i tam czeka już na nas van. Po prostu byłem poruszony. Bóg okazał się niesamowity. Mieliśmy już samochód. Bóg zatroszczył się o coś, czego ja nie byłem w stanie zrobić. Tego samego dnia otrzymaliśmy maila z niemieckiego kościoła, który brzmiał: Przyjeżdżajcie – chcemy was gościć i zapewnić wam nocleg.

Podekscytowani w niedzielę rano wyjechaliśmy z Krakowa. Przed nami była droga 1250 km do Zagłębia. W poniedziałek rano mieliśmy jechać do gimnazjum. W samochodzie w czasie podróży mieliśmy cichy czas.  Pytaliśmy Boga, co jeszcze dla nas ma i prosiliśmy, by nam to przekazał. Pastor lokalnego kościoła był tak dotknięty i poruszony, że wraz ze strasznymi dziękowali nam za to, co zrobiliśmy. Nagle niespodziewanie uklęknęli przed nami i prosili nas o modlitwę i błogosławieństwo. Chcieli być bardziej wrażliwi na to, co się dzieje wokół nich. Okazało się, że mieszkają 40 km od miejsca, gdzie jechaliśmy. My pokonaliśmy 1250 km, by okazać współczucie i przynieść nadzieję.

Dzieci włożyły na nich ręce i modliły się, by Pan ich błogosławił. Nie oskarżały ale przynosiły radość mojemu sercu, gdy to widziałem.

W poniedziałek pojechaliśmy do szkoły. Zbliżając się do tego miejsca, czuliśmy jak podła atmosfera panuje  w tym miasteczku. Pod szkoła zobaczyliśmy tysiące zapalonych zniczy. Ufaliśmy jednak, że Bóg ma swój cel. Przed wejściem do szkoły czekał na nas pewien mężczyzna, który jak okazało się  mówił po polsku. Zaprowadził nas do sali wspomnień, gdzie mogliśmy zobaczyć kondolencyjne wpisy dzieciaków na ścianach. Nie było wiele słów o Bogu. Może ze trzy wpisy. Nasze dzieci bardzo to przeżywały i cały czas modliły się w duchu. Potem zostaliśmy zaproszeni do kościoła na nabożeństwo żałobne, gdzie było zdjęcie wszystkich zmarłych dzieci i wyłożona księga pamiątkowa. Nasze dzieci stanęły w Duchu w jedności i zaczęły śpiewać, modlić się na głos i dziękować, że Bóg jest Bogiem nadziei. Pan nauczyciel który nas oprowadzał był tak poruszony po tym spotkaniu, że zaprosił nas na lody i kawę i mogliśmy mówić mu o tym, kim jesteśmy, dlaczego przyjechaliśmy, kim jest Jezus i dlaczego nas tu przysłał.

To wszystko sprawiło, że dzieci, nastolatki i my byliśmy gotowi skonfrontować swoją wiarę i stanąć w prawdzie i łasce modląc się o tę szkołę. Zrobiliśmy to z naszym opiekunem ale ciągle zostawała jedna rzecz. Naszym liderem była Monika, która miała wizję od  Boga i była osobą, która najmniej chciała nam przewodzić. Będąc cichą spokojną modlicielką i pełną miłości introwertyczką przewodziła naszej grupie. Niezbyt chciała na początku, ale jako lider King’s Kids poczułem, że to ona ma nas prowadzić, bo Pan pokazał jej, jaka jest Jego wola.

Wciąż mieliśmy w sercu, aby stawać w modlitwie i ogłaszać Jego zwycięstwo. Wiedzieliśmy, że wciąż nie daliśmy komuś Biblii, o której Bóg do nas mówił jeszcze w Polsce. Miała ona przynieść nadzieję tej szkole.

Okazało się, że prawdopodobnie niemożliwe będzie spotkanie z dyrektorem. Był zajęty i zmęczony najazdem reporterów i dziesiątkami wywiadów. Modliliśmy się, by Bóg dał nam chwilę, by się z nim spotkać. W czasie modlitwy poczuliśmy, że Bóg właśnie w tej chwili coś robi i ma jakiś plan w tym wszystkim. Nasz opiekun zaprosił nas do pokoju nauczycielskiego i kazał chwilę poczekać. Poszedł prosto do dyrektora. Może opowiedział mu o tym, co widział i poprosił, by ten z nami się spotkał? Nie wiem. W każdym razie siedząc w pokoju nauczycielskim nie mieliśmy już wątpliwości, że to się stanie. Po dziesięciu minutach przyszedł dyrektor. Zaprosił nas do sali widowiskowej, gdzie były zdjęcia, świeczki, mnóstwo plakatów, kartek zapisanych przez uczniów tej szkoły. Widziałem bardzo zmęczonego człowieka, który wszystko, to co się stało przeżywał niezwykle mocno. Nie chcieliśmy ze względu na szacunek zabierać mu dużo czasu. Powiedział, że jest nam wdzięczny za przyjazd z tak bardzo daleka i bycie z nimi w tym bardzo dla nich trudnym czasie. Mówił, że są to dni żałoby i ciężaru dla całego miasteczka i szkoły. Kiedy tak przemawiał zobaczyłem jak w dzieciach rodzi się pragnienie, by stanąć w modlitwie o niego. Kiedy skończył przemawiać coś niesamowitego się stało. Monika wstała i powiedziała, że nadzieja jest tylko w Bogu i że to jest ta odpowiedz i dała mu niemiecką Biblię. Dyrektor zaczął płakać. Otaczając go dzieci zaczęły się o niego modlić. Obserwowałem, jak w naturalny sposób wstawiają się i proszą Boga o pomoc. To coś, co wychodzi poza jakiekolwiek schematy. Zobaczyłem, jak uczniostwo, któremu ich poddaliśmy przynosiło owoc. Zobaczyłem, że oddawanie pola Duchowi Świętemu, a nie wymuszanie na nich czegoś, co muszą zrobić, docierało do ich serc. Zapalanie ich ducha sprawiło, że dzieci były gotowe stanąć same w modlitwie i wiedziały, dlaczego to robią. Dyrektor przyjął tę modlitwę i Biblię. Był tak poruszony, że powiedział: Dzisiaj tak naprawdę mam spotkanie z rodzicami ofiar i przed waszym przyjazdem siedziałem i rozmyślałem, co mam im powiedzieć. To było ciężkie dla mnie, ale teraz już wiem, co im powiem. Powiem im o tym, co wy powiedzieliście mnie i o tym, że tu przyjechaliście i pokaże im czym jest nadzieja, czyli Pismo Święte. Nie muszę pisać dalej, co działo się wśród nas. Byliśmy niesamowicie dotknięci tym, że Bóg pokazał nam kolejny raz, że jeśli On coś wkłada w serca i przełamuje je dla jakiegoś narodu czy sprawy to On zadziała i poprowadzi nas w najlepszy z najlepszych sposobów.

Po tym spotkaniu wyszliśmy oddając Bogu chwałę i ciesząc się, że Pan Bóg prowadził nas do tej pory. Ciągle czuliśmy, że mamy zrobić coś jeszcze.

Ktoś z naszej grupy przypomniał sobie, że jeszcze w Polsce dostał obraz niebieskich ścian i białych napisów. Nie wiedział, co to w ogóle znaczy. I wtedy zobaczyliśmy, że dworzec kolejowy oddalony od szkoły o sto metrów jest pomalowany na niebiesko i ma białe napisy. Wyobraziliśmy sobie, że to było ostatnie miejsce, z którego te dzieci wyjeżdżały w ostatnią podróż nie mając pojęcia, że z niej nigdy nie wrócą.

Od naszego opiekuna dowiedzieliśmy się, że dzieci z klas, w których zginęli ich przyjaciele nie były w stanie kontynuować zajęć lekcyjnych, więc zostały sklasyfikowane już w marcu, bo żaden psycholog im nie mógł pomóc. Zaczęliśmy się modlić o to, by złamać ducha samobójstwa, smutku i głupich decyzji. Rozeszliśmy się po całym dworcu kolejowym i zaczęliśmy modlitwę i wstawiennictwo, by Bóg dał zwycięstwo.

Po wszystkim wsiedliśmy do samochodu i udaliśmy się do kościoła, gdzie nocowaliśmy. W międzyczasie dostaliśmy wiadomość, że w Niemczech przebywają nasi  przyjaciele z Holandii. Zostaliśmy zaproszeni do miejsca gdzie stacjonowali. Przygotowali nam niesamowity posiłek i mnóstwo słodyczy. Czuliśmy się przyjęci jak królowie. Mój przyjaciel Johnny modlił się za nas i wymawiał proroczą modlitwę nad nami, by Jezus powoływał nowych młodych ludzi z Polski.

Widzę w tym to celebrowanie i świętowanie, że Jezus poprowadził nas i wspólnie mogliśmy oddać Bogu chwałę i dziękczynienie. Po powrocie do miejsca noclegu byłem totalnie zmęczony. Byłem jedynym kierowcą. Kładąc się na cienkiej karimacie do snu myślałem tylko o tej nieszczęsnej pobudce o 5.00 rano. Wtedy stało się coś wspaniałego. Nastolatki podeszły do mnie, otoczyły i zaczęły modlić się dziękując za moją pracę, którą wykonałem jako kierowca, lider i ich brat w Chrystusie. To było coś niesamowitego widzieć, że to wychodzi z ich serc. Chciały po prostu mnie błogosławić. To jedna z tych historii, która bardzo mnie dotknęła. Spowodowała zrozumienie, że Bóg ma wszystko poukładane według własnego porządku.

Greg Skrobarczyk, lider krajowy KK

Prawo wymaga od nas, żeby dać Ci znać o tym, że... ta strona wykorzystuje pliki cookies aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie z niej oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Więcej na ten temat możesz dowiedzieć się w naszej polityce prywatności.